Mój telefon zadzwonił, a w słuchawce usłyszałem przeraźliwe miauczenie. Nie było ono spowodowane strachem przed Kasią, ale raczej fatalnym stanem tego malutkiego kociaka. Gdy do nas przybyła ważyła 700g. Miała zapalenie spojówek i inne cholerstwa i w ogóle wyglądała jak "idź stąd i nie wracaj...". dzięki Kasi udało się uratować to niewinne maleństwo.
Po tygodniu ważyła już 1400g i o słabym zdrowiu można było zapomnieć. Zaczęły psoty, figle i pierwsze zniszczenia w domu. Zapadła jednak decyzja że Gienia zostaje z nami i została pieszczotliwie nazwana "naszym włochatym detkiem...".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz